Korzystając ze sposobności, że wstałam wcześniej a Piotruś śpi, popiszę sobie troszkę.
Tak, wyżyję się na stronicach bloga.
Jak mnie wkurwiają ludzie!
Jacy oni są beznadziejni!
Pseudo przyjaciele...
To chyba jakiś kompleks, który dopadł wszystkich ludzi.
Jakaś chora, POPIERDOLONA przypadłość ukazująca, jak bardzo są egoistyczni...
Jesteś moim przyjacielem?
Masz problem? Szukasz pomocy?
Zadzwoń, ZAWSZE Ci pomogę.
I wtedy jestem tą najlepszą przyjaciółką.
Ale są dni, gdy ja czegoś potrzebuję...
Wtedy nikt nie zapyta się : "co się stało? pomóc Ci?".
Kurwa.
Tak, wiem, że piszę totalnie bez składni i ogólnego sensu.
Ale w tym momencie nie potrafię inaczej, bo wyrzucam to wszystko z siebie, fala goryczy i pretensji zalewa całe biurko...
I nie potrafię jej ogarnąć na tyle, by wszystko było napisane tak, jak bym chciała i tak, jak oczekiwałaby polonistka.
Dziwne, ale upust swej frustracji dot. świata mogę wyrazić tylko tutaj.
To też jest dziwne...
W dzisiejszej dobie komputerowej nie wyobrażam sobie, jak ludzie radzili sobie z problemami bez czegoś takiego.
Tak, wiem.. Pamiętniki. Też pisałam, kilka tomów, opasłych tomów.
I kiedyś ktoś zaczął je czytać... Nie zapomniałam o tym, co czułam, gdy się dowiedziałam o tym, że ktoś wie co się we mnie dzieje... I wtedy chyba przestałam. A przynajmniej ograniczyłam pisanie do ukradkowego zapisywania myśli i emocji gdzieś na skrawkach papieru, ostatnich stronach zeszytów niesprawdzanych przez nauczycieli... Na skrawkach rozdzieranych na tysiące kawałków i rzucanych na wiatr. Tak, jakbym chciała się ich pozbyć.. Tego co boli.
I ktoś polecił jakiś wcześniejszy serwis blogowy. Mogłam wreszcie pisać tak, by być anonimową.
Tak bardzo mi się to podobało...
Fakt, słowo pisane na klawiaturze jest tylko składzikiem literek wystukanych przez maszynę.
Nie to, co napisane wiecznym piórem słowo nabierające mocy z dnia na dzień...
Ale cóż, czasy dzisiejsze zobowiązują.
Nie wiem, być może mam problem z adaptacją...
Powierzchownie bardzo szybko potrafię się zaadaptować. Ale w środku - idzie to wolno... Proces postępujący powoli.
Chociaż czasem i szybko.
Nie wiem, nie wiem co się dzieje.
Mam tak dwojaką naturę, żę czasami się nad tym wszystkim zastanawiam.
Najgorsza jest ta wyklinana przeze mnie przez lata ambiwalencja.
Ty, Czytelniku, nawet sobie zapewne nie wyobrażasz, jak to cholernie boli.. Gdy w jednej chwili czujesz dwa sprzeczne ze sobą uczucia. Gdy pragniesz czegoś tak bardzo jak i nienawidzisz i nie chcesz widzieć, czuć.
Wyobraź sobie stan ciała, gdy jest Ci zimno i gorąco naraz. Znasz to? Wiec wiesz, co miałam na myśli, pisząc ambiwalencja.
Gdy to rozrywa Twą duszę.
Dusza? A co to takiego?
Nie wiem, prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, ale używam tego słowa do określenia tego czegoś w środku mnie, co czuje. Co ma uczucia, potworna bestia, obawiająca się świata.
Chciałabym, by to wszystko się w końcu ogarnęło... By moje lęki i smutki odeszły z kretesem.
Chyba niczego tak nie chcę, jak tego.
A może wciąż się oszukuję.
__
Uwtór na dziś, typowo smutny: Olivia inspi' Reira - A little pain.
Piękny, wykonany w sposób połączenia przez wokalistkę zwrotów japońskich i angielskich.
Nie polecam, gdy nie jesteś maniakiem NANY.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz