Rzecz normalna, przydarzająca się mi zazwyczaj u kresu jednej a początku kolejnej pory roku, kiedy to zmiany wywołują refleksje.
Lubię tą ciszę, gdy wstanę wcześniej niż On, i mogę sobie pobyć sama w domu.
Tak anonimowo, coś w tym jest.
Mogę wtedy porozmyślać bez żadnych niekorzystnych czynników spoza mojego umysłu, wyciszyć się, powoli wyrzucić z siebie ledwie widoczną, rozmazaną wizję snów i wczorajszych problemów.
Tak, by móc zacząć dzień szczęśliwie i z uśmiechem na ustach.
Zjeść razem śniadanie, poczytać książkę przy stole, pogłaskać psa.
Ale wracając to do tematu przedniego notki - lubię to.
Co się działo w moim życiu o tej porze roku rok wcześniej, dwa, trzy... A nawet pięć czy dziesięć.
Miło jest czasami wrócić do pełnego beztroski i słodkiej swobody czasu, gdy miało się 10 lat i wypełnieniem dni nie był obowiązki tylko koszykówka. Albo rysunek. Książki. Gdy miało się na to wszystko czas. Czasami tęsknię.
Albo do czasów gimnazjum. Gdy tak bardzo daleko było do szkoły na drugim końcu miasta i musiało się wstawać wcześniej niż inne dzieci.
Liceum. Chyba czas największych imprez, włóczenia się ze znajomymi, koncertowania.
Gdy biegło się co sił na pociąg, żeby tylko zdążyć..
Ef, tęsknię czasem.
Nie ma co wspominać, trzeba iść do przodu.
Śniadanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz